poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Po drodze - Vrsar

Jakkolwiek bardzo lubię zwiedzać, nie traktuję tej aktywności jako formy wypoczynku. Przeciwnie, choć przyjemna, wydaje mi się niekiedy niebywale wyczerpująca. Oglądanie atrakcji w miejscach, gdzie jest ich mnóstwo, a większość z nich bez wątpienia zaliczyć trzeba do najważniejszych osiągnięć światowego dziedzictwa, wywołuje u mnie zawroty głowy, dziwne dygotanie serca, niepokój, wprawia mnie w nerwowość i doprowadza na skraj paniki. Z Wenecji wyjechałam podobnie jak niegdyś Giacomo Girolamo (bardzo mi się podoba brzmienie tego imienia) Casanova pospiesznie (choć ze zgoła innych niż on powodów), skracając zaplanowany tam pobyt i marząc o wytchnieniu w jakimś spokojnym urokliwym miejscu. I podobnie jak słynny awanturnik trafiłam do Vrsar, trzysta lat temu znanego jako Orsara.

Vrsar, widok od strony mariny, taki miał Casanova "na dzień dobry" 

Vrsar, widok od strony drogi, taki miałam ja

Trudno znaleźć przyjemniejsze miejsce do wytchnienia. Maleńka, malowniczo położona na wzgórzu miejscowość ma akurat tyle atrakcji, ile wycieńczony zwiedzaniem turysta jest w stanie ogarnąć z przyjemnością, bez pośpiechu i zamiast nadmiaru poczuć lekki niedosyt. Casanova w swym pamiętniku chwalił tutejsze wino, jedzenie, hojność mieszkańców i urodę kobiet. Od jego czasu zmieniły się tylko kobiety. Awanturnik zadurzył się z wzajemnością w pięknej Greczynce. W tym roku we Vsar Greczynek nie zauważyłam, dominowały Niemki i Austriaczki z rodzinami wynajmujące apartamenty w nadmorskich ośrodkach i hotelach otaczających miasteczko. I w przeciwieństwie do opisanej przez Casanovę Greczynki, raczej nie sprawiały wrażenia skorych do romansowania.

Droga do/z "centrum" od strony mariny



Kamienne budynki we Vrsar

Vrsar, przed kościołem

Uliczki we Vrsar


Wieża zegarowa i plebania we Vrsar

Punkt widokowy, z którego Casanova wpatrywał się w morze
i wypatrywał kobiet



Mieszkańcy Vrsar bardzo dbają, by uprzyjemnić pobyt swoim gościom. Na codzień bez trudu znajdziecie tu niewielkie restauracje, gdzie miejscowi artyści uprzyjemniają innym posiłek śpiewem czy gitarowym mini-koncertem. Poszukujący bardziej wyrafinowanych dźwięków powinni zajrzeć do miejscowych kościołów, gdzie przez całe wakacje odbywają się koncerty muzyki poważnej. Ponad wszystko zachwyciła mnie jednak fiesta. Ja trafiłam akurat na rybacką, ale podobne imprezy organizowane są w miasteczku co tydzień po różnymi pretekstami. Restauratorzy wynoszą wówczas wszystkie stoły z miasta i ustawiają ją na placu od strony mariny. Dokoła nich lodówki w napojami i grille, na których przygotowują owoce morza. Ryby nigdzie nie smakują tak dobrze, jak w Chorwacji.

Rybacka fiesta na placu przy marinie

Wieczorem ze wszystkich okolicznych hoteli, ośrodków i pensjonatów ściągają żądni zabawy turyści.  Oblegają sprzedawców wybierając przysmaki, siadają przy ogromnych stołach i radośnie jedzą, dzieląc się z sąsiadami wrażeniami z całodziennego plażowania, alboli i wycieczek. Mimo że towarzystwo jest międzynarodowe, bariery językowe znikają wraz z każdą kolejną lampką lokalnego trunku ochoczo serwowaną przez miejscowych. Do tańca przygrywają chorwackie kapele ulokowane na scenach na dwóch krańcach placu. W przerwach zespół folklorystyczny zachęca turystów, do spróbowania nowych kroków i figur tanecznych. Nieco dalej nacieszyć się można szantami. Zabawa zaczyna się na dobre tuż po zmroku, gdy do portu zawijają rozświetlone żaglowce wypełnione muzyką, tańcem i rozbawionym tłumem.

Rybacka fiesta we Vrsar

Hotelowa plaża

2 komentarze:

  1. Proszę unikać Florencji i Galerii Uffizi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spóźnione cokolwiek to ostrzeżenie ;). Zdaje mi się, że mam nieco inne artystyczne słabości od Stendhala.

      Usuń